2006-10-02 23:11:34
Kamienna kropla goryczy
Kazimierz Kyrcz Jr
Kawa czy herbata? Nie miałem ochoty ani na jedno, ani na drugie.
Czym prędzej wybyłem z domu, by posłuchać szumu rzeki. Kilkadziesiąt metrów dalej jej leniwy nurt lśnił tysiącem iskierek, pieniąc się na wystających ponad powierzchnię głazach. Odetchnąłem pełną piersią; ta wilgoć, och tak... Zapragnąłem więcej.
Wszedłem do płytkiej w tym miejscu wody. Igiełki zimna przyjemnie kłuły nagie stopy. Przeciągnąłem się, aż chrupnęło mi w kościach, i stałem przez chwilę, całym sobą chłonąc rześkość poranka.
W świadomości ogółu utarło się, że godziny przed zmierzchem są najpiękniejsze. Ja natomiast wolę początek dnia, który odradzając się po krótkiej śmierci niesie nadzieję na ucieleśnienie wyśnionego szczęścia.
Całkowicie rozbudzony wróciłem na brzeg. Kucnąłem, podniosłem szary, nakrapiany miką kamyk i puściłem kaczkę. Potem jeszcze jedną. I jeszcze. Z każdym rzutem szło mi coraz lepiej, wkrótce jednak w pobliżu zabrakło płaskich kamieni.
Nie należę do wychowywanych pod kloszem słabeuszy, którzy załamują się w obliczu byle przeciwności losu. Wiem aż za dobrze, że trzeba walczyć o swoje. Per aspera ad astra, czy jakoś podobnie.
Przeczesywałem wzrokiem otoczenie. Jest! Idealny egzemplarz. Ale cóż to? Na obu jego stronach wyryto znak krzyża. Po co ktoś miałby zajmować się takimi głupotami?
Mniejsza z tym. Przypomniała mi się legenda o rybie, która tak wytrwale płynęła pod prąd Yang – cy, że przeskoczyła Bramę Niebios i stała się smokiem.
Czy rozsiane wokół kawałki skał miały szansę na podobną przemianę? Wątpię. Zresztą, tak Bogiem a prawdą; jakie to ma teraz znaczenie? Ważne jest coś innego; fakt, że poddawały mi się z uległością miękkiej gliny.
Moje rozmyślania przerwał stłumiony odległością dźwięk dzwonu. Każde jego uderzenie z determinacją wzbijało się ku górze, by zniknąć w dywanie chmur. Spojrzałem w kierunku sanktuarium; przy jego wejściu roiły się drobne, ciemne sylwetki. To świąteczna procesja wysuwała się na biegnącą wśród wzgórz drogę.
Przełożyłem kamień do prawej dłoni, ująłem go między kciuk i palec wskazujący. Gładko, nie przebijając naskórka wody, przeleciał na przeciwległy brzeg.
Istota, która do tej pory z niesłabnącą uwagą śledziła każdy mój ruch, westchnęła ciężko i już na zawsze odwróciła się ode mnie.
|