2010-02-19 10:44:07
Święty trójkąt
Joanna Krenz
Deltę – debiutancki tomik Anny Wieser, laureatki tegorocznego konkursu poetyckiego im. Klemensa Janickiego – otwiera wiersz zagadkowy i „zaczepny”, wiersz-kokieteria i wiersz-inwektywa. Autorka inteligentnie, pod pretekstem zalotnej autoironii, przypuszcza atak na czytelnika.
Tak rozpoczyna:
Chciałam ci napisać że nie różnię się
niczym od kierowców autobusów dziwek
sprzedawców okularów pijaków na moim osiedlu
pucybutów i kolesi otwierających szlabany
Zmieniam pozycje z leżącej na siedzącą i odwrotnie
udaję że piszę udaję że słucham
kłamię na każdym kroku i zostawiam ślady brudnych rąk
wiszę głową w dół żeby odwrócić przysięgi.
Kreuje więc obraz siebie jako osoby zwyczajnej, poetki nieroszczącej sobie prawa do pozycji wyższej, innej niż leżąca i siedząca, do definiowania doskonałości, do określania prawdy, nawet do jakiejś szczególnej, bardziej uważnej i pełniejszej recepcji świata (udaję że słucham). Skłaniając się niejako ku Różewiczowskiemu poetą jest ten który pisze wiersze i ten który wierszy nie pisze, wskazuje, że z tych samych obrazów, z takiej, jak inni, materii tka swoją egzystencję, tyle że na poły literacką:
Widzę ludzi w telewizorze widzę ludzi przed telewizorem
Jak faszerują szprycują pieprzą się na wyścigi
Bo ktoś im powiedział że na mecie mogą coś poczuć
Coś poczuć coś poczuć
Widzę matki okładające dzieci
Widzę dzieci okładając matki kompresami cynizmu.
W końcówce jednak rozwiązuje się węzeł autoironii, utwór otwiera się i obejmuje sobą kogoś jeszcze:
Widzisz nie różnię się niczym od ciebie.
Jakkolwiek rzeczywista bliskość autora wewnętrznego z samym poetą i „ty” lirycznego z czytelnikiem pozostaje zawsze niepewna, to jednak wydaje się, że utwór zaprojektowany jest na taki właśnie bezpośredni, personalny odbiór, by dalekim, dla niepoznaki aż kilkunastoma wersami przedzielonym zestawieniem dziwek, pijaków, pucybutów z pierwszych linijek wiersza z zasygnalizowanym w końcówce adresatem. Zestawienie to choć subtelnie zamaskowanym, jest jednak konstruowanym w różnych odcieniach przez cały utwór, podrażnić, ukłuć, wyrwać z poczucia pewności i duchowego bezpieczeństwa potencjalnego odbiorcę. Bynajmniej nie po to, by – jak się to na początku przedstawiało – tanim chwytem uwieść go, oczarować i w transie przeprowadzić przez kolejne teksty.
Ten wiersz w istocie zapowiada poetykę całego tomiku – delikatną i ostrą, subtelną i zdecydowaną, zasypującą drażliwym konkretem i odsyłającą w szerokie horyzonty aluzji i nowo wykreowanych symboli.
Zupełnie jak żywi
W kolejnych wierszach poetka prowadzi osobliwe badania nad istnieniem – badania uważne i poważne, podejmowane z pełną świadomością ciężaru słów i spraw, z pokorą i odpowiedzialnością. Świadczy to o dojrzałości tych wierszy, które bronią się przed skostnieniem zupełnie inaczej niż reporterską, godną raczej paparazzich niż artystów, pogonią za tym, czego sztuka jeszcze nie zdążyła podpatrzeć. Poezja Wieser ma rzadką i tajemniczą właściwość „przyklejania się” do bytu, związywania się z istnieniem za pomocą języka przejrzystego, pełniącego funkcję nie tłumacza ani demaskatora, a swoistego spoiwa dla rzeczywistości. Dzięki temu związkowi jej wiersze rozwijają się razem z tętniącym w nich życiem.
Optyka, towarzysząca oglądaniu świata przez autorkę, polega nie na dopasowywaniu elementów świata do struktury wewnętrznej człowieka i interpretowaniu ich przez jego pryzmat, lecz na ciągłym eksperymentowaniu, odrywaniu istnień z ich stałych miejsc i ustawianiu ich w świetle (jest to jedno z najważniejszych pojęć w tomiku), „bombardowaniu” ich fotonami różnych rzeczywistości i kontemplowaniu reakcji. Nie z sadystycznym upojeniem, lecz raczej z uwagą lekarza, który baczy, by nie przedawkować szczepionki. To właśnie obraz z wiersza Foton:
Już cię mam
Wiem gdzie cię przyłożyć
Jak puzel żeby załatać
To miejsce które zawsze jest głodne
Jak prodrom nieznanej choroby.
Stale powracające w utworach tematy: śmierci, snu, choroby konstruowane są jako wizje bytu konkretnego lub bytu „w ogóle” pod władzą transcendencji i abstrakcji. Tak w poruszającym epitafium Piotrowi (1975-2006), w którym pustka i śmierć okazują się formami, oczekującymi dopełnienia istnieniem:
Skoro pustka jest formą
to czym wtedy byliśmy
znudzeni nadgryzaniem kanapek
szukaniem zamkniętych klubów
Poprosiłam żebyś wziął mnie do ust
i wypluł w inną gazetę
Byłam skłonna przyjąć nawet twoją formę
Tomik Wieser pojawił się na poetyckiej scenie niemal równocześnie z Piosenką o zależnościach i uzależnieniach Tkaczyszyna-Dyckiego – ważnym rozdziałem w misternie przez autora konstruowanym od początku artystycznej drogi traktacie o śmierci. Nie można jeszcze z pewnością na równi stawiać tych dwóch poetyckich głosów, z których jeden – Dyckiego – brzmi mocno, zdecydowanie, uczestniczy w niemal wszystkich najważniejszych dyskursach, a drugi na razie jeszcze nieśmiało szuka w nich dla siebie przestrzeni, jednak momentami wydaje się, że bliskość „metod”, po które sięgają twórcy, mimo odmienności poetyk, jest uderzająca. Warto zacytować fragment z piosenki XIX Dyckiego:
przyglądam się młodej lecz nieładnej
kobiecie która studiuje nekrologi
może się jednak podobać kiedy studiuje
nekrologi i sięga po ciasteczka
(…)
ale nade wszystko jest w niej coś
z nieuchwytnego piękna kiedy dostrzega
nazwiska owych Kępskich Widawskich
i Tarczewskich które jej nic nie mówią
Nawet obraz zarysowuje się podobny. Tu śmierć dyktuje warunki piękna, nasyca sensem, podnosi do rangi symbolu, czyni metonimią natury i kondycji świata żywego zwykłe ciasteczko. U Wieser w obliczu ostateczności orężem sił życia staje się perwersyjnie przeżuwany przez umierająca babcię rogalik, którym zdobywa ona waszą wieżę – waszą, czyli być może nowojorską (chora nuci pod nosem New York New York), być może twierdzę medycyny, z którą toczy spór, żyjąc wbrew diagnozom lekarskim, być może baszty śmierci, zdezorientowanej bezapelacyjnym przyjmowaniem przez schorowaną staruszkę oczywistości życia. W obu przypadkach – tak u Dyckiego, jak i u Wieser – sens wiersza i istnienia jest wynikiem poddania człowieka próbie końca, konfrontacji ze zwiastunami ostateczności.
Wiele jest jeszcze w tomiku ciekawie skonstruowanych obrazów tych zmagań. Jest – poprzedzona Goetheańskim testamentem Mehr Licht – Biel, w której filozofowie pragną przeniknąć przez granicę światła, jego ostrą obręcz i spalają się w jego wiązkach. Jest melancholijny, bezpośrednio dotykający Nieokreślonego i metafizyki, pobrzmiewający echem Miłoszowego To utwór Między mną a Tam z intrygującymi wersami:
W umieraniu nie ma nic do dodania
zostaje najwyżej zawinąć to między
mną a Tam parciany worek
tłuc nim o drzewo śmiać się z drzewa
słyszeć śmiech drzewa
Jest wreszcie tytułowa, najbardziej chyba filozoficzna spośród wszystkich wierszy, Delta z alegoryczną wizją ryb, które mają wspólny ogon i bardzo je boli rozłąka, a kiedy myślą, że na dnie lodowatej rzeki ukryje się wstrząsająca ich ciałami nagła wzajemna podejrzliwość, właśnie wtedy rozpala je i wydaje światu niestłumiony wewnętrzny trud. Zdradzone przez przeraźliwe światło, które jest mechanizmem obronnym wyrwanych ze swoich kontekstów i obnażonym przez fizyczność istnień przeciw Nieuchronnościom:
Zdzierają łuski biorą w usta muł
wiesz że wtedy modlą się
najbardziej.
Zbliżone napięcia wywołuje choroba, nie tylko dlatego, że otwiera okna na krematorium, lecz dlatego, że jest swoistym stanem nieprawdziwości, nie posiada żadnej statycznej cechy, która by ją konstytuowała, nie chodzi w niej ani o życie, ani o śmierć, jedynie o walkę i nieustanny wewnętrzny ruch. Jest to zarazem stan największej otwartości, niemal zachłanności na wszelkie formy stabilizacji, przestrzeń spotkań z Mitem i magią, jak w metaforycznym Oddziale dziecięcym, gdzie mali pacjenci bawią się w Rycerzy Rentgena, w podróże do podłóżkowego Królestwa Zimnego Kafelka, czuwają całe noce, bo duży Kamil powiedział że o trzeciej nad ranem/ przychodzą do nas mamy w niebieskich sukienkach. Igraszki maluchów są potraktowane metaforycznie, język tekstu z pozoru przypadkowo, nieostrożnie, w toku zabawy, prześlizguje się po kulturowych symbolach. Jest to utwór urzekający i ciepły, przywodzący na myśl wczesne poezje Siwczyka – „dzikie dzieci”, łaskotaniem próbujące spowodować przebudzenie Transcendencji, której poruszenia oczekują i dzieci z oddziału. W sferze obrazowania szczególnie bliski utworowi Wieser jest Upadek – zabawa w lekarza, którego bohater stał się pacjentem sympatycznej sąsiadki:
Przychodziła prawie codziennie po obiedzie
Najpierw wykonywała serię zastrzyków
atramentu w brzuch mojego Misia Koala
Mówiła że zarejestrował się wcześniej
Później prosiła mnie do siebie.
Następna ważna sfera, której doświadcza byt, to sen, przestrzeń nielogiczności i bezczasu, wymykająca się kontroli rozumu. Istnienie zostaje przez podświadomość rozkruszone, starte na proch i odbudowane w zupełnie innych konfiguracjach zależności między zdarzeniami i osobami. Kolejne akty uwolnione zostają z sieci przyczyn i skutków, i pozwalają dotrzeć do swej istoty, do rzeczy samych w sobie, bez wprowadzającej subiektywizm analizy powodów i następstw. Od swoich kontekstów odrywają się: sprawy dzielone na pół/ zeskanowane dziwki szklanki/ upiorni cyrkowcy pożeracze chińskich kul.
Sen ma przy tym niejako oczyścić człowieka. Kiedy z głowy wysypują się lawiną, w chaosie sprawy, osoby, rzeczy, by zapobiec ich ponownemu wtargnięciu do wewnątrz, Oprah zarzuca nogi na stół/ wyjmuje gumę z ust i zakleja/ dziurę w mojej głowie.
I jeszcze – w tym samym wierszu – zadziwiająca konstrukcja snu w śnie, obezwładniająca zagęszczona niematerialność, w której każdy konkret zostaje przez kontrast podwójnie wyeksponowany i wyostrzony. A wszystko otoczone warstewką inteligentnego humoru, który – choć na przestrzeni całego zbiorku ilościowo nie dominuje – nadaje mu specyficzny urok, co jakiś czas celnym paradoksem rozbija i odświeża zastygający tok myśli; „delikatnie uszczypliwy” i pomysłowy jest znakiem rozpoznawczym autorki i współtworzy szczególną atmosferę tomu.
Zupełnie żywi
Tak, jak w sferze niematerialności i abstrakcji (por. wiersz Delta) osobliwym wyznacznikiem aktywności bytu było rozbłyskujące przy spotkaniu światło, tak w przestrzeni codzienności takim znakiem jest ciepło, którym emanują dialogi wyrazów, gestów, spojrzeń. Ciepło to obejmuje zarówno fizyczność, intymność, w której objawia się czerwonością i nieracjonalnym pulsowaniem ciał, jak i całą ludzką wewnętrzność – sferę myśli i emocji, promieniuje do języka utworów, nadając mu łagodność i delikatność. Dzieje się tak choćby w wierszu Abonament, składającym się z dwóch nałożonych na siebie warstw – hołdu ukochanej matce i ze szczelin lirycznej rozmowy przeciskającej się prostej modlitwy, której łagodny styl zwłaszcza w końcówce budzić może skojarzenia z prostym, żartobliwym tonem księdza Twardowskiego. Czytamy w Abonamencie:
Matko uśmiechająca się do grzechów
módl się za moje
nieodebrane połączenia od ojca
Znamiona tej poetyki nosi także wiersz Sprawozdanie o rozmowach i nierozmowach, ale jest to już poetyka rozłamana, z ostatnim ciężkim, ostrym wersem, miażdżącym melodię i prozodię tej intymnej do bólu, szczególnej modlitwy:
Kiedy spotkamy się na żywo
I miniemy obok słupa z plakatem
Upiornego kaznodziei:
Czy bierzecie narkotyki żeby
Nie rozpłakać się w trakcie seksu
Czy wystarczy alkohol?
Będziemy trochę usprawiedliwieni
Gdy miałam osiem lat wierzyłam
Że ludzie przychodzą żeby słuchać
Myliłam się naturalnie
Ale sprawdzam pocztę
Ulice krzaki marginesy
Jakże krzywa jest moja wiara
Panie Jezu Cichy jak moje skrzynki
Jak trup
W tym wierszu ujawnia się też szczególna zdolność poetki do pisania o cielesności. Często można odnieść wrażenie, że nie istnieje w niemedycznej polszczyźnie kulturalny język seksu. Tymczasem Wieser wie dokładnie – by sparafrazować jej Tętno – co zrobić z ciepłem, które wskrzesza się w nas, jak nie zatrzeć barw i ostrości obrazu, a przy tym ominąć pokusę płytkiego wulgaryzmu. Kobiecość w jej utworach jest pełna, kusząca, jaskrawa i bezdenna. Fizyczne zagłębianie się w nią jest wejściem w milczący, sakralny dialog. Z punktu widzenia kobiety to ciągłe rozpoznawanie, przedefiniowywanie własnej osobowości poprzez ostateczne, najbliższe dopuszczenie do siebie obcości. Zanim staną się jednym ciałem, przemierzyć muszą drogę otwarć i otarć, co pokazuje Niema, którą warto zacytować w całości:
Jeżeli nie mogę przemówić
językiem innym niż ciało
wchodź i macaj moje kości
Gwałć mnie spokojnie
tak bym słyszała każde otwarcie
i mogła nazwać głoskami kolory
Żeby kamienie z gardła kończyły się w ustach
trzeba wielkiej wprawy bo zmienić je w krzyk
to strzaskać się w ciszę
Dlatego co jakiś czas ocieram się o siebie
sprawdzam swój ostatni język.
W tym i poprzedzającym go erotyku pt. Kobieta nieprzypadkowo wyeksponowane zostają elementy takie, jak kamień i kość – twardość, ból i chłód, przez które należy przedrzeć się do końcowego przymierza wrogich sobie żywiołów. Obrazu „kobiety nocnej” dopełnia figlarna Belle de jour (piękność dnia), przywodząca na myśl La precieuse (paniusią) Jasnorzewskiej, traktowana z pobłażaniem i wyczuwalnym odautorskim dystansem, jeszcze niezdolna – mówiąc słowami Jasnorzewskiej – do kroku w żadną nieskończoność.
Inne oblicze kobiety – „codziennej”, zmagającej się z problemami finansowymi, nieufnością i obojętnością męża oraz na przekór Mickiewiczowskiej balladzie najbardziej bojącej się śmierci pana, również opisane jest z właściwym tej poezji urokiem i liryczną refleksją, daleką jednak od utyskiwania i skargi. Bo każdym kontekstem oświetlić trzeba istnienie, by odnaleźć właściwy dla niego kształt.
Zupełnie
Najpełniejsza autodefinicja tomiku zawarta jest w utworze Bujanie:
Ja w tobie
Ty we mnie
Bujamy się na końcach języków
Bujamy się w kolejkach pokojach
I konfesjonałach
Bujamy gdy kończą się słowa
I gdy się zaczynają.
Cały zakres tej poezji, zakrojonej na szeroką tematyczną skalę, zostaje tu zarysowany – jej nierówny, chwiejny rytm, przemieszczanie się między przeciwnymi krańcami języka, ciekawość źródeł i kresów, drugiego człowieka i siebie w drugim. Takim nieregularnym tokiem wychyleń i uników płynie czas, bezładnie krojąc miejsca i wychodząc na ludzi, gdzie znajduje swą deltę, święty trójkąt, nie początku i końca (por. Z. Herbert, Do rzeki), lecz nadającego mu cel spełnienia się w historii prywatnej, w myśli, w bycie. To jednostka jest tutaj stroną nadrzędną i niezależną – w swoim ciele kosztem nieraz ogromnego, nieznośnego wręcz, bólu przeprowadza czas „na drugi brzeg”, do ostateczności i pełni. Jednocześnie zawiązuje się jakby subtelny dialog z Rzeką Baczyńskiego, dla którego, jak dla Herberta, istnienie urzeczywistnia się w ramach czasu, nie czas w istnieniu. Dialog ten w ostatnim wierszu odnajduje swą puentę.
Mówi Baczyński:
kończy się ciemna rzeka i zapada czas.
Mówi Wieser:
kończy się politura
a zaczyna wrzask.
To kolejny znak kompletności, zupełności tej poezji – jej osadzenie w kulturze, umiejętne z niej czerpanie, szczególny sposób „myślenia literaturą”, który ujawnia się w związkach tych wierszy – prawdopodobnie w wielu miejscach wcale niezamierzonych, bo ich źródła zapisane są w głębszych warstwach pamięci, całkowicie już przez język oswojonych – z tekstami innymi. Ujęcie świeże, twórcze, wolne, z szacunkiem, ale nie poddańczym, dalekim od epigońskich prób. Oby sprawdziło się przeczucie Edwarda Pasewicza, którego rekomendacją opatrzono książkowe wydanie Delty, że mamy oto początek nowej, ciekawej ścieżki w polskiej poezji, ścieżki o kierunku póki co zupełnie nieprzewidywalnym ze względu na wielość i różnorodność perspektyw, które otwiera ten obiecujący tomik.
Anna Wieser, Delta, Wydawnictwo Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu, Poznań 2009.
|